strict warning: Declaration of taxonomy_facet::build_root_categories_query() should be compatible with faceted_search_facet::build_root_categories_query() in /home/users/misteopl/public_html/woltuszowa/sites/all/modules/faceted_search/taxonomy_facets.module on line 400.

PostHeaderIcon Legenda o Żabiej Górze

 
Młoda dziewczyna, córka drwala z Deszna postanowiła odwiedzić swojego ojca, który codziennie wychodził wcześnie rano do pracy przy wyrębie drzewa na pobliskiej górze. Kochała swego ojca, bo przecież była jego ukochaną jedyną córką, a dwóch młodszych braciszków było jeszcze za małych aby jej towarzyszyć w wędrówce. Bardzo często Helenka, bo tak dziewczyna miała na imię, chodziła do ojca razem z matką, ale tego dnia matka musiała zostać w domu z chorymi jej braćmi. Zapakowała do chusty ciemny chleb, osełkę masła i mleko prosto od krowy, tak by tata najadł się i miał siły do ciężkiej pracy. Wyszła jak zwykle od Krzemieniska, gdzie ludzie wydobywali krzemień i wyrabiali z niego różne cuda do obejścia.
SarnaDroga leśna ostro wiodła pod górę dlatego Helenka postanowiła ulżyć sobie i wchodziła na wzgórze po skosie kierując się raz w prawo a raz w lewo by wysiłek choć duży rozłożył się i nie odebrał jej dechu na dalszą drogę. Pogoda zdawała się być piękna, świeciło mocne słońce, tylko dość silny, południowy wiatr wiał tak, iż potężne jodły porastające górę aż kołysały się pod jego naporem i zdawały się ostrzegać przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Helenka jednak nie podejrzewając niczego pokonała pierwszy odcinek drogi spokojnie, gdy nagle przed nią na ścieżce pojawił się rogacz, piękny koziołek sarny, który zdawał się blokować drogę i nie pozwolić Helenie na kontynuowanie marszu. Helenka uśmiechnęła się na widok rogacza, bo przecież niejednokrotnie zaglądał do ich obejścia koło domu by spasać mamie w ogródku smaczne kęsy soczystej i bujnej trawy. Jednak koziołek niedługo zatrzymał się na środku ścieżki, bo Helenka klaśnięciem w dłonie spłoszyła młode zwierzę i trzymając na plecach trzos z jedzeniem rześko ruszyła dalej w las. A las w tym miejscu był ogromny: potężne dorodne buki z gładką popielatą korą i strzelistą koroną zdawały się zagrabiać jak najwięcej miejsca dla siebie w tej gęstwinie leśnej. Sąsiadowały z nimi krągłe, wysmukłe i wiecznie zielone jodły o specyficznym aromacie zielonego igliwia. Tak jak one zielone, od spodu w górę pięły się świerki, a choć było ich trochę mniej to i tak zaznaczały tutaj swoje miejsce swoją grubością i wysokością. Jednak najpotężniejszą korę wśród tych iglastych królów karpackiej puszczy miał modrzew, skaleczony gdzieś z boku wydzielał ogromną ilość lepiącej żywicy, a przez to świetnie nadawał się na budowę domów dla ludzi i stajni dla bydła, bo trwałość jego potrafiła zadziwić niejednego wprawnego cieślę, że aż tak długo potrafi tworzyć dom dla niejednej miejscowej rodziny. Dalej jeszcze jawory i klony, brzozy jaśniutkie i jesiony rozłożyste a pośród nich trafił się i zdrowy gruby dąb. To dobra ziemia sprawiała tak bogatą ilość gatunków drzew i krzewów leśnych z leszczyną na czele, że niejeden król nie powstydziłby się takiej pięknej puszczy.
Las bukowyŚpiew ptaków umilał Helence drogę, soczyste maliny jednak spowalniały znacznie wędrówkę, bo jak tu nie skusić się na tak pyszny dar leśnej krainy. Jednak po chwili zdała sobie sprawę, że matka w domu też czeka na jej pomoc i nie może tak beztrosko rozleniwiać się w środku dnia. Toteż ostro ruszyła w dalszą drogę. Zdziwiło ją tylko to, iż tak jakby na świecie zrobiło się trochę ciemniej, ale przecież idzie gęstym lasem i to pewnie on zasłania dostęp promieniom słońca do leśnej ścieżki. Usiadła na chwilkę na pniu bo coś jej wpadło pod piętę i mocno uwierało w nogę, gdy podniósłszy głowę zobaczyła nad sobą potężną czarną chmurę, która bardzo szybko rozrastała się i coraz większą powierzchnię nieba zajmowała z chwili na chwilę. Boże, co tu robić – pomyślała Helenka, przecież do ojca jeszcze drogi kawałek a tu na deszcz się zbiera a w lesie przy burzy może być niebezpiecznie. Podniosła się i żwawo przyspieszyła kroku, gdy ogromny grzmot pioruna zwalił ją na ziemię. Padła przestraszona bez siły i odwagi do dalszej drogi. Niebo przeszywały na wskroś błyskawice i grzmoty a potężny huk zdawał się zapowiadać duże dla niej niebezpieczeństwo.
Co robić ? – pomyślała Helenka. Pewnie najlepiej będzie przeczekać burzę i schować się gdzieś w lesie, ale gdzie, skoro wszędzie może uderzyć piorun, albo wicher powali ogromne drzewo i nieszczęście gotowe. Myśleć trzeba było szybko. Helenka słyszała od kogoś, że gdzieś na niebie mieszka taki pan co to króluje nad całą ziemią, nawet góry potrafi przenosić to i jak takiej burzy nie zatrzyma i zaczęła wołać dziewczęcy swym głosem. Dobrodzieju wielki, jeśli mnie słyszysz pomóż mi szczęśliwie przetrwać tę burzę w lesie, bo idę do mojego ojca zanieść mu jedzenie i boję się ogromnie by i jemu nic złego się nie stało. Jeśli musisz to ześlij deszcz, ale uchroń od nieszczęścia i zakryj mnie swoją wielkością. I coś dziwnego zaczęło się dziać wokół Helenki. Gęste krople deszczu zaczęły padać obok niej a wraz z nimi spod każdej gałęzi, pnia czy skały wychodziły na świat ogromne ilości zielonych żab, które jakby czekając na tę upragnioną chwilę wychodziły na kąpiel deszczową. Helenka skulona i cała mokra ze zdziwieniem patrzyła na to zdarzenie a zdziwienie potęgowało to, iż wszystkie żaby kierują się w jednym i tym samym kierunku. Albo jej się wydawało albo jakby rzeczywiście żaby swym kumkaniem i oglądaniem za nią zapraszały Helenkę do pójścia za nimi. Nie, sama tu nie zostanę, pomyślała dziewczyna i nie wiedząc czemu ze spokojem udała się żabim szlakiem w dół zbocza. Po chwili ze zdziwieniem odkryła niesamowite miejsce. W środku lasu jeziorko, a obok niego zające i lisy, jelenie i wilki, rysie i kuropatwy, ptaki i całe mnóstwo żab. Wszystkie zwierzęta, jakby jedna wielka rodzina w ciszy i spokoju wokół jeziorka zgromadzone czekają na uciszenie potężnej ulewy i wichury. Nikt nic nie warczy, ryczy czy chrząka, każde zwierzę cicho i w zadumie czeka na moment końca niebezpiecznego zjawiska. Tylko żaby jakby pewne swego zadania co pewien czas doprowadzały nowe zwierzęta do jeziorka na zboczu góry. Oczom nie wierząc Helenka spostrzegł nagle jak zza urwiska skalnego do jeziorka zmierza jej ojciec wiedziony szeregiem zielonych stworzeń – żab, potężnych, dumnych i pewnych siebie. Było w tym coś niesamowitego i wielkiego. Ojciec, gdy zobaczył Helenkę rzucił się biegiem do córki,. Przytulił ją mocno do siebie i uczuł ogromną radość ze spotkania i bycia we dwoje w tej jakże dziwnej i niesamowitej chwili. Ojcze, rzekła córka, co to może być, że wszystkie zwierzęta kierują się w to miejsce, a i my zostaliśmy tu sprowadzeni jakby wiedzeni przez żaby. Czy to prawda ojcze? Nie wiem córko, dzieje się tutaj coś niesamowitego i niewiarygodnego, że i małe i duże zwierzęta są tutaj razem i nikt nikomu nie robi krzywdy a wszystkie istoty czują się bezpiecznie. Burza szalała nadal, wiatr pochylał konary drzew do samej ziemi, ostry i rzęsisty deszcz smagał po twarzy jak bicz, błyskawice co chwila rozjaśniały niebo batogami po sam horyzont a grzmoty zdawały się rozpoławiać ziemię na części. Tylko wokół jeziorka panowała cisza i dziwny spokój, jakby świat wokół nie istniał a szalejąca burza była niewinnym snem.
Burzowe chmuryI nagle wszystko ucichło, i deszcz i wiatr i grzmoty – zapanowała błoga cisza. Wtem z jeziorka na środku polany wynurzył  się  zielony stwór o kształcie i wyglądzie żaby ale jakby sto razy większy i potężniejszy od normalnych żab, których wokół było już chyba tysiące. Na ten widok wszystkie zwierzęta pochyliły się przed tą dziwną istotą, a żaby z uśmiechem i wdzięcznością spoglądały na to cudowne zjawisko. Helenka i jej ojciec nie wiedzieli co się wokół dzieje, toteż postanowili nic nie mówić, tylko bacznie przyglądać dalszemu rozwojowi sytuacji. Stanęli nieco z boku i czekali co będzie dalej. A zielony stwór rozglądnąwszy się wokół jakby nabierając po długiej przerwie ziemskiego powietrza odezwał się do zgromadzonych przy jeziorku: Witam Was moi przyjaciele, wiele już lat minęło od naszego ostatniego spotkania przy  bo i nie było potrzeby spotykać się tam gdzie dzieje się dobrze. Ale od pewnego czasu widzę, iż nie wszystkie stworzenia na mojej górze szanują się, żyją w zgodzie a co nade wszystko nie szanują moich braci – żab. Dlatego ja – król tej góry przypominam Wam wszystkim, że zawsze i wszędzie będę Was bronił od nieszczęścia i wojny, od niezgody i gniewu, od burz i wszelkich przeciwności, jednakże pod takim warunkiem, że moja góra będzie jak dziś przystanią pokoju i przyjaźni, będzie arką przymierza pomiędzy dużymi i małymi, pomiędzy silnymi i słabymi, szybkimi i wolnymi, ludźmi i zwierzętami, tak by każdy mógł na niej czuć się pewnie i radośnie. Dlatego dzisiaj moje żaby sprowadziły Was tutaj, aby Wam przypomnieć o dobrych zasadach współżycia i przyjaźni. Nade wszystko przypominam Wam byście szanowali małe żaby, słabe i wątłe niby brzydkie i  śliskie ale jakże bezsilne i bez szans w spotkaniu z każdym z Was. Wystarczy, że którekolwiek z Was nadepnie na żabę a jej życie kończy się bezpowrotnie, a jakieś małe żabki nie będą mieć już swojej mamy czy taty. Czy to nie okrutne, czy tak musi być? Przecież żaba nie jest w stanie zrobić jakiejkolwiek krzywdy nikomu z Was. Jest drobna i licha, mała i cicha i tylko swoim delikatnym kumkaniem wielbi swego stwórcę jak umie. Dlatego proszę Was nie niszczcie żab, dajcie im spokojnie żyć, a one nadal tak jak do tej pory chronić Was będą na mojej górze i wskazywać zawsze właściwą drogę. Teraz do Was się zwracam dobrzy ludzie: ojcze i córko, których często widzę na mojej górze. Pamiętajcie o tym co tutaj powiedziałem i przekażcie to swoim bliskim z sąsiedztwa niech nie niszczą żab i dadzą im spokojne życie w moim jeziorku na mojej Żabiej Górze.
Na Żabiej GórzeTak ją nazwę od dzisiaj na pamiątkę naszego wspólnego spotkania i niech ta nazwa przypomina Wam o mojej prośbie i obietnicy dobrego, spokojnego i bezpiecznego życia. Jednak jeśli ktoś złamie te zasady i będzie łamał nasze ustalenia tego czy prędzej czy później dosięgnie kara króla Żabiej Góry w takim miejscu, w którym najmniej się będzie spodziewał.  Wracajcie więc do swoich domów, nor, gniazd i gawr pamiętając o tym co Wam powiedziałem. Na znak przymierza między Wami i mną pozostawiam Wam moje małe jeziorko na zboczu Żabiej Góry. Jeśli będziecie w potrzebie, nieszczęściu czy sytuacji bez wyjścia zawsze możecie tutaj do mnie przyjść, a jeśli Wasze prośby będą szczere napewno zostaną wysłuchane, bo król Żab choć jest brzydki ale ma dobre serce i jeśli może to nikomu nie odmówi pomocy. Żegnając się z Wami przypominam Wam, że o wielkości każdego Was nie decyduje piękno czy wielkość ale to czym i kim jesteście dla drugiego, a szczególnie tego mniejszego i słabszego od siebie. Powoli, delikatnie potężny zielony stwór w oparach dymu i upojnej ciszy zanurzył się w swoim żabim oczku, a słuchający z pokorą i niedowierzaniem wpatrywali się w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stał przed nimi Król Żab. Powoli, spokojnie wszystkie zwierzęta zaczęły się rozchodzić w swoją stronę tak, iż przy jeziorku została tylko Helenka ze swoim ojcem. Tato, czy słyszałeś to co ja, czy to nie był sen, czy to wszystko prawda? Tak córko, to nie był sen a to cośmy usłyszeli to bardzo mądre i odważne słowa. Nie zawsze dbamy o siebie nawzajem a w szczególności o zwierzęta, a już zupełnie niedbale zwracamy uwagę na żaby, a to właśnie one uratowały nam dzisiaj życie przyprowadzając nas w to cudowne miejsce. Wiesz co córko, musimy tutaj wytyczyć ścieżki dla ludzi, tak by mogli spokojnie i bezpiecznie chodzić po tej Żabiej Górze, a gdyby spotkała ich kiedy tutaj burza to niech szybko schodzą się do żabiego oczka, a ono na pewno ich uratuje przed nieszczęściem. Tatusiu wracajmy szybko do domu bo mama będzie się martwiła czy nam się coś nie stało w lesie podczas burzy. Wszystko jej opowiemy jak było, i od dnia dzisiejszego będziemy pilnować ścieżek na Żabiej Górze a na żaby spoglądać jak na najcudowniejsze zwierzęta na świecie.
 
Spisal: Adam Śliwka